wtorek, 24 lipca 2012

Hejtowanie, a za ekranem płacz.

Pewnie większość z Was wie, kim jest słynna "Pani Grażyna". Ja muszę się przyznać, że o takiej postaci dowiedziałam się dopiero dzisiaj, w dniu, kiedy już jest po wszystkim. Obejrzałam wiele filmów, gdzie ludzie wypowiadają się na temat tego, co się stało i postanowiłam, że ja się powstrzymam od komentowania całego projektu, ale jeśli już mam wyrazić swoje zdanie, to na temat całego tego syfu i świństwa, które panuje w Internecie i nie tylko. Jedyne co powiem, to to, że jest mi wstyd - za Internautów, za ich słowa i czyny.

(jeśli ktoś nie widział filmu pod tytułem "Gr@ażyna" - tutaj link - Gr@ażyna)


Każdy nas spotkał się z tak zwanym "hejtowaniem". W Internecie jest go najwięcej, ale nie tylko tutaj można go spotkać - pełno go w szkole, wśród grupy ludzi, w mediach lub chociażby na ulicy. Mnie osobiście robi się mdło i niedobrze od tej całej nienawiści, pośmiewiska, robienia sobie żartów z niewinnych ludzi. Pisząc to, pewnie myślicie "no tak, przyszła taka i się wymądrza, bo ona to idealna jest". Nie.. Gdy tak pomyślę, to wstyd mi za samą siebie. Przykro mi, że wiele razy na przykład, po prostu, zwyczajnie się uśmiechnęłam, gdy widziałam jakiś głupi, niemądry, wyszydzający filmik. Wstyd mi za to, że wiele razy nie sprzeciwiłam się - ale po prostu poszłam w dalszą drogę Internetu. Ale nie chcę się tutaj nad sobą użalać, bo wiem, że niczego tym nie osiągnę.
Myślą przewodnią tej notki jest jedno zdanie, a raczej pytanie, skierowane do Was, prostych czytelników -
 Czy kiedykolwiek zastanawialiście się jaką moc ma wypowiedziane/napisane przez Was słowo?

W Internecie ludzie są po prostu... cwaniakami. Myślą, że mogą wszystko - od OKROPNYCH przekleństw, po groźby, zarzuty, wyśmiewiska i agresję. Uważają, że robiąc to wszystko, nic im nie grozi, bo przecież zawsze pozostają anonimowi. Niestety (a raczej bardziej stety), w Internecie nikt nie jest anonimowy - ani Ty, ani ja, ani ona, ani on. Co się z tym wiąże? Konsekwencje, moi Drodzy, konsekwencje. Może ktoś sobie nawet nie zdawać sprawy jakiego bałaganu może sobie narobić przez "hejtowanie" w necie. Napiszesz, zrobisz coś, a za jakiś czas do Twojego mieszkania mogą zapukać mężczyźni w granatowych garniturach.

Pisząc to wszystko zastanawiam się co takiego daje ludziom "hejtowanie"? Co im daje to, że pod filmikiem kogoś w niemodnym ubraniu, nieposiadającego wypasionego laptopa, być może niezbyt atrakcyjnego, napiszą kilka zdań, w którym większość to słowa, które tutaj musiałabym ocenzurować? Naprawdę nie rozumiem, dlaczego ludzie nie potrafią po prostu zignorować jakiegoś filmiku, który mu się nie podoba, ale muszą pisać "wykwintne" komentarze?

Napisać to wszystko jest bardzo łatwo. Dla autora mogą to być tylko zwykłe wyrazy wystukane na klawiaturze, lecz dla odbiorcy, to prawdziwe zdania, które głęboko zapadają w serce. Nawet pomijając fakt Internetu, każde negatywne stwierdzenie pozostawia w naszym serduchu rysę, która poniża naszą samoocenie i sprawia, że czujemy się gorsi. Nie wiem czy zdajecie sobie sprawę, że kilka słów może wywołać płacz, problemy psychiczne, a nawet... śmierć. Dlatego apeluje do wszystkich, a w szczególności, do tych, dla których przekleństwa nie są niczym nieodpowiednim, aby przed napisaniem, albo chociażby opublikowaniem czegokolwiek przeczytali to trzy, cztery razy i zastanowili się - "jak ja bym się czuł/czuła gdyby ktoś zaadresował takie zdanie do mnie?".
Nie warto, nie mamy prawa niszczyć życia innym. Każdy z nas ma serce, które czuje, które boli, gdy zostanie zranione.
Zaprzestań agresji, jeśli sam nie chcesz być atakowany.

środa, 18 lipca 2012

Noc.

Sama, pusto.
Trochę ciszy, chwila głosu,
Głucha noc i braku smak.
Zimne dłonie, chłodny wiatr,
Czarne chmury...
...no i ja.
Szumy w uszach, twarze z dnia.
Gwiazda jedna, może dwie,
Późny czas, noc i trwa.
Serca bicie, w środku gdzieś,
Braku siła, siły brak.
Miejsce obok.
Ciepła daj.

I już śpię.



Napisane w nocy z 11 na 12 maja 2012.


"Holiday, o, a Holiday! And the best one of the year"

20 dni. Dokładnie tyle minęło od czasu, gdy do naszych łapek wpłynęły świadectwa. Wakacje trwają już ponad dwa tygodnie, a więc rok szkolny to już na prawdę przeszłość. Pogoda przez pierwsze półtora tygodnia nas rozpieszczała, teraz widać, że humor ma nie najlepszy. Idealna pora na bloga, huh?

Tak sobie myślę, że wypadałoby podsumować co nieco. Mimo że trochę niefajnie opowiadać o szkole w wakacje, to jednak zaryzykuje (najwyżej zostanę skreślona już na początku, ale co mi tam..).

Po pierwsze, był to ostatni rok, w szkole, którą naprawdę ceniłam. Wybrana prawie na ślepo, okazała się strzałem w dziesiątkę (okej, w dziewiątkę, idealna to ona nie była). Jej głównym atutem są przede wszystkim... Nauczyciele. To za nimi będę najbardziej tęsknić. Uczyli z pasją, poświęceniem i zaangażowaniem, dzięki czemu czuję, że choć odrobinę mnie czegoś nauczyli, a to chyba najważniejsze.
Po drugie, nauka w tym roku była wyjątkowo... łatwa? Jasne, że były momenty, w których nie wyrabiałam i dosłownie nie wiedziałam do czego najpierw włożyć ręce, ale gdy się tak zastanowię, to ten rok nie był jakoś strasznie hardcorowy.
Po trzecie, dostałam się do wymarzonej szkoły i klasy. Teraz mam tylko nadzieję, że ilość dat, pojęć, postaci i związków frazeologicznych (tak, tak, human) nie przygniecie mnie żywcem.
Po czwarte, w tym roku zrobiłam dużo nowych rzeczy - założyłam konto w banku, zaszalałam i poszłam napisać egzamin z angielskiego na poziomie, który nie jest moim poziomem, przygarnęłam chomika (a propo, potrzebuję jakieś imię żeńskie, bo tak się składa, że moja chomisia jest na razie bezimienna :D), zaczęłam podróżować sama, zaczęłam w jakimś stopniu zarabiać i pewnie wiele innych spraw, które teraz gdzieś mi wyleciały. Wszystko to przyczyniło się do tego, że czuję się o wiele bardziej dojrzalsza niż rok temu, a to chyba dobrze, hm? :)
Po piąte, moje kontakty z innymi ludźmi były naprawdę w porządku. Mimo że nie zawsze jest pięknie i kolorowo, to żyję ze świadomością, że mam wspaniałych Przyjaciół, takich na prawdę od serca, którzy są ze mną i nigdzie się nie wybierają.
Po szóste (w sumie to najważniejsze), jestem zadowolona z mojej relacji z Najwyższym. Wiem, że mogłaby być o wiele lepsza, ale to na czym teraz stoję sprawia, że jestem szczęśliwa. Bóg kieruje moim życiem, a ja... nie protestuje ;)

Rok szkolny 2011/2012 uważam, za jeden z najlepszych (jak nie najlepszy). Teraz tylko czekać na to co przyniesie 2012/2013.

20 dni wakacji za nami. Lipiec przebiega spokojnie, sierpień będzie trochę bardziej napięty. Właściwie to mam dużo czasu żeby często tutaj wpadać. Niestety mam skłonność do zaniedbywania swoich blogów, ale postaram się żeby ten był w miarę normalnie prowadzony (powiedziała ta, dla której wyczynem jest napisać dwa razy w miesiącu :P). See ya!